Kategorie: Wszystkie | PANTEON | Recenzje | TOP7
RSS
piątek, 30 grudnia 2011
FILMOWE PODSUMOWANIE 2011

Koniec roku tradycyjnie jest czasem podsumowań. Nie inaczej jest w świecie horrorów,  zapraszam więc do podsumowania najciekawszych i najkrwawszych produkcji jakie wychyliły swoje paskudne, uzębione mordki na światło dzienne w minionym roku. Zanim jednak zaczniemy liczyć trupy, policzmy zyski. Największy sukces kasowy wśród horrorów w 2011 roku odniósł film Paranormal Activity 3, zarabiając  103mln dolarów. Umiarkowanie w zestawieniu Box Office wypadły również filmy  Red Riding Hood (37mln $) oraz The Rite (33 mln $). Niestety o żadnym z tych filmów nie znajdziecie wzmianki  w poniższym zestawieniu. Zacznę z grubej rury: Uważam, że rok 2011 był kiepskim dla miłośników horrorów. Żaden z tegorocznych filmów nie rzucił mnie na kolana i nie sprawił, że bałbym się zejść do piwnicy po ziemniaki ;) Wobec tego, jednoosobowa redakcja bloga Jaskinia Krwawych Nietoperzy, podjęła kolektywną decyzję o odejściu od tradycyjnego rankingu nalepszych filmów na rzecz rozdania nagród w trzech kategoriach. 

 

Śmierć z dobrze udokumentowana.

Filmy kręcone według formuły pseudo-dokumentu cieszą się od kilku lat niesłabnącą popularnością. Może nie wszyscy lubią oglądać film z perspektywy  „trzęsącej się kamery”, trzymanej w ręku jednego z bohaterów, jednak mnie taka forma przekazu bardzo odpowiada. Jestem więc niezmiernie zadowolony, że w  2011 odnaleziono tak wiele godzin zaginionych lub utajnionych nagrań ;)  Byliśmy świadkami prawdziwego wysypu tego typu produkcji. Jedyną pociechą jest to, że kilka z nich było naprawdę udanych. Zacznę od bardzo dobrego  „Grave Encounters”,  nakręconego przez duet reżyserów ukrywających się pod pseudonimem The Vicious Brothers.  Wraz z ekipą produkującą  program o zjawiskach paranormalnych mieliśmy okazję na własnej skórze przekonać się, że opuszczony szpital psychiatryczny nie jest dobrym miejscem do spędzenia nocy. Film może trochę za długo się rozkręca, a końcówka jest z kolei przegięta w drugą stronę, niemniej całość pozostawia bardzo dobre wrażenie.

Jeszcze lepiej oceniam australijski The Tunnel. Film został bardzo zgrabnie „zlepiony” z ujęć ekipy filmowej robiącej reportaż o bezdomnych zamieszkujących stare tunele pod Sidney, przeplatanych wywiadami z tymi, którym udało się wrócić cało z tej wyprawy w ciemność. Bardzo ryzykowne zagranie, ponieważ od razu wiemy kto przeżyje, ale moim zdaniem nie psuje zbytnio klimatu. Właśnie ten klimat – zagubienia w ciemności, ucieczki przed nieznanym zagrożeniem – jest najmocniejszym atutem australijskiego horroru. Film potrafi wywołać autentyczne ciarki na plecach, The Tunnel jest to godnym spadkobiercą legendarnego Blair Witch Project.

Bardzo podobał mi się również Apollo 18. Film opowiada historię utajnionego przez rząd lądowania dwóch amerykańskich kosmonautów na ciemnej stronie księżyca w 1973 roku. Całość zmontowana jest z archiwalnych nagrań z kamer umieszczonych w lądowniku, oraz nagrań kosmonautów z ręcznej kamery. Obraz momentami klatkuje, robi się ziarnisty lub nieostry – zdecydowanie dodaje to filmowi realizmu. Ten pseudo-dokument nie spodoba się wszystkim, Apollo 18 straszy bardzo subtelnie. Nie ma tu żadnych krwiożerczych zielonych kosmitów przyczajonych w kraterze, za to są takie elementy jak znikająca flaga czy dziwne stukanie w kabinę. Twórcy bardzo zadbali o realizm i całe szczęście uniknęli błędów związanych z odwzorowaniem warunków panujących w kosmosie i na powierzchni księżyca. Uważam, że Apollo 18 był jednym z najbardziej udanych filmów tego roku i o pierwsze miejsce w tej kategorii walczyłby przeciwko The Tunnel. Do tego pojedynku jednak nie dojdzie bo konkurencję rozdeptały Trolle.

Norweski film był jak odświeżający powiew mroźnego skandynawskiego powietrza. Nie pierwszy bo filmowcy z północy Europy już od jakiegoś czasu serwują nam świetne horrory (wspomnieć warto chociażby Dead Snow lub Reykjawik Whale Watching Massacre).  W przypadku Troll Hunter mogą się pojawić kontrowersje – film został wydany w październiku 2010 roku. Od razu chciałbym więc wyjaśnić, że Polska oficjalna premiera miała miejsce dopiero w grudniu 2011, poza tym pierwotna wersja jest w języku norweskim, więc nawet anglojęzyczny widz mógł w pełni cieszyć się tym dziełem dopiero w bieżącym roku. Troll Huntera bardziej szczegółowo opisywałem kilka notek wcześniej, przypomnę więc tylko, że znajdziemy w nim wszystko co najlepsze: rządowy spisek, nienawidzące chrześcijan Trolle oraz dzielnego ich pogromcę – Hansa. Całość okraszona jest pięknymi norweskimi krajobrazami i ciętym dowcipem. Pozycja obowiązkowa!

troll

 

 Odgrzewane kotlety

Jak co roku, twórcy horrorów zaserwowali nam duży wybór dań mięsnych drugiej świeżości. Do tej kategorii zaliczam każdy remake, sequel i preqel. Na tej filmowej stołówce znajdziemy zarówno potrawy mocno nieświeże, jak i całkiem apetyczne kąski. Zacznijmy od tych pierwszych. Niestrawności można się z pewnością nabawić po seansie filmu Kwarantanna 2: Terminal. Nieuświadomionym przypominam, że już pierwsza „Kwarantanna” była podróbką znakomitego hiszpańskiego [REC]. W drugiej części reżyser nie trzyma się wiernie fabuły [REC2], lecz osadza akcję na pokładzie samolotu i później na tytułowym, odizolowanym terminalu lotniska. Przy okazji odchodzi od tego co było siłą hiszpańskiej serii, czyli widoku z pierwszej perspektywy. Rezultat jest marny. Kolejnym przeterminowanym daniem jest Oszukać Przeznaczenie V. Oglądanie „piątki” można porównać do zjedzenia pięciodniowej kanapki z tuńczykiem. Zdatne do spożycie  tylko dla desperatów albo wielkich fanów tuńczyka.  Kolejnym daniem którego odgrzanie twórcy mogliby sobie odpuścić jest bez wątpienia Hostel III. Już część druga była słabiutka, jednak trójka wręcz woła o pomstę do nieba. Dodam tylko, że akcja została przeniesiona z Europy Wschodniej do Las Vegas...

Nieco lepiej oceniam prequel The Thing. Muszę przyznać, że miałem wobec tego filmu bardzo duże oczekiwania, którym niestety nie sprostał, ale przyznaję, że progi były postawione bardzo wysoko. Film holenderskiego reżysera może przysłowiowej dupy nie urywa, ale jest jak najbardziej do obejrzenia w mroźny wieczór. Podobnie rzecz się ma z „Postrachem Nocy” (Fright Night) – jest to remake filmu z 1985. Od razu należy zaznaczyć, że film z Colinem Farrellem w roli głównej nie jest wierną kopią oryginału, lecz raczej wariacją na temat nastolatka, który podejrzewa swojego nowego sąsiada o bycie wampirem. Film ogląda się całkiem sympatycznie, lecz ma jedną zasadniczą wadę – nie jest ani trochę straszny. Krwi, flaków i strachu nie brakuje za to w filmie The Human Centipede II (The Full Sequence). Reżyser zastosował czarno-białą kliszę co daje bardzo dobry, mroczny efekt. Gdybym stworzył kategorię najbardziej obrzydliwego i krwawego horroru tego roku to opowieść o upośledzonym Martinie – kontynuatorze chorego pomysłu doktora Heitera z  „jedynki” nie miałaby konkurencji. Film wręcz ocieka krwią i okrucieństwem. Niestety postawienie na gore odbiło się na warstwie fabularnej. Nie dość, że jest prosta jak drut, to w dodatku doszukać się można kilku nielogiczności. Nie zmienia to jednak faktu, że The Human Centipede II jest filmem który głęboko zapada w pamięć.

Pierwsze miejsce w kategorii odgrzewanych kotletów może być sporym zaskoczeniem. Sam jestem zdziwiony swoim wyborem ale Krzyk IV jest naprawdę fajnym filmem! Przyznaję, że nigdy nie byłem wielkim fanem tej słynnej trylogii teenage slasherów, więc do „czwórki” podchodziłem nastawiony sceptycznie. Kiedyś Wes Craven zarzekał się kiedyś, że nie nakręci kolejnej części, nagła zmiana zdania sugerowała, że chce po prostu wycisnąć jeszcze trochę dolarów z Ghostface’a. Całe szczęście myliłem się (no może nie do końca...) – już pierwsze dziesięć minut filmu jest rewelacyjne. Craven podszedł do tematu z dużym dystansem i świeżością. Film cały czas zaskakuje mimo, że akcja po raz czwarty dzieje się w Woodsboro, a na ekranie są wciąż te same postacie: niezmordowana Sidney Prescott, wścibska reporterka Gale Weathers i przygłupawy policjant Dewey (obecnie szeryf i mąż Gale). Warto zwrócić jak świetnie Wes Craven radzi sobie z prowadzeniem akcji w erze gdy każdy nastolatek otoczony jest iPhonami, laptopami i ma dostęp do facebooka 24 godziny na dobę. Nowoczesne technologie już nie jeden film rozłożyły, a tu proszę – Scream IV doskonale sobie z tym poradził, dla Ghostface’a mordowanie on-line to niezła zabawa. Pozostaje mieć nadzieję, że zasłużony reżyser nie wrzuci swojej sztandarowej serii zbyt głęboko do lodówki i wkrótce znów będziemy mogli spożywać tą zacną horrorową potrawę. Smaczny kotlet!

mielony

 

Specjalne wyróżnienie imienia Ash’a Williamsa i jego złego alter ego.

 „Gdy w świecie zamieszanie, pojawiają się bohaterowie” (przysłowie japońskie).

Nasze poszukiwania zaczynamy więc we Włoszech gdzie zamieszanie jest spore bo mieszkańcy pozamieniali się w krwiożercze zombie. Grupka ocalałych walczy z nimi w filmie Eaters: Rise of the Dead. Sam film w zasadzie niczym specjalnym na tle innych zombie movies się nie wyróżnia. Reżyser skupia się na serwowaniu nam krwawej jatki. Na pierwszy plan w eksterminowaniu umarlaków wysuwa się duet głównych bohaterów: Igor i Alan. Mimo, że wykazują sporą pomysłowością i efekciarstwem w walce z zombie, to niestety żaden z nich nie ma wystarczającej charyzmy i „lekkości” żeby aspirować do pierwszego miejsca. Żeby zasłużyć na wyróżnienie w tym prestiżowym konkursie należy wykazać się czymś więcej niż odstrzeleniem głowy kilku zombie.

 „Im straszniejszy przeciwnik, tym sławniejsze zwycięstwo” (przysłowie czeskie).

Nieciekawie dzieje się również w post-apokaliptycznym świecie przyszłości. Ludzkość zabarykadowała się w wielkich, zarządzanych przez Kościół ufortyfikowanych miastach w obawie przed grasującymi na zewnątrz wampirami. Tytułowy „Ksiądz” nie jest zwykłym tłustym duszpasterzem lecz wyszkoloną super maszynką do zabijania krwiopijców. Nasz bohater musi powstrzymać swojego byłego kolegę z zakonu, który przeszedł na stronę wampirów i planuje zniszczenie ostatnich ludzkich bastionów. Księżulo bije się jak Steven Seagal, strzela jak Inspektor Callahan, jeździ na wystrzałowym motorze i dodatkowo kieruje się szlachetnymi pobudkami. Wydawać mogłoby się, że to murowany kandydat do zwycięstwa. Niestety naszemu duchownemu brakuje poczucia humoru. Prawdziwy badass powinien co najmniej raz na jakiś czas rzucić jakimś celnym dowcipem lub ciętą ripostą, niestety nasz bohater jest sztywny jak ministrant pierwszy raz służący do mszy.

„Mężny człowiek mści się krwawo na wrogu” (przysłowie gruzińskie).

Najlepiej za pomocą shotguna – dodałby pewnie bohater filmu Hobo with a Shotgun. Film nie jest do końca horrorem, w zasadzie jest nim w ogóle, ale jest na tyle krwawy, że z można go rozpatrywać w kategoriach tego wyróżnienia. Główny bohater jest włóczęgą, który przybywa do miasta Hope w celach zarobkowych. Szybko jednak spotyka się z wrogością ze strony miejscowych chuliganów i policji. Pewnego dnia wkurwia się i postanawia odpłacić swoim prześladowcom za pomocą odrobiny ołowiu. Hobo with a Shotgun przypomina filmy Roberta Rodrigueza, a zwłaszcza niedawną „Machete”. Film wart jest obejrzenia choćby ze względu na nieśmiertelnego Rutgera Hauera w roli morderczego żula. Najlepszy tekst Hobo: „I'm gonna sleep in your bloody carcasses tonight!”. Więc chyba już jasne do czyich rąk ląduje Specjalne Wyróżnienie Imienia Ash’a Williamsa. Taaadaaam.

hobo

 

W przypadku wyróżnienia imienia złego Alter Ego Ash’a Williamsa sprawa jest prosta. Konkurencja została rozjechana. Dosłownie. Najlepszym bohaterem negatywnym roku 2011 zostaje Czarna Opona, bohater(ka?) francuskiej horroro-komedii „The Rubber”. Zabójcza opona, poza dobrymi właściwościami jezdnymi, posiada moce paranormalne – potrafi wibrować w częstotliwości rozsadzającej  mózg. Co ważniejsze, nie waha się używać tej zdolności na ludziach ;) Opona morduje bez wyraźnego powodu, dopóki nie zakochuje się w pewnej kobiecie... O jej zwycięstwie zadecydowały trzy czynniki: oryginalość, skuteczność i całkowity brak ludzkich odruchów ;)

opona

 

Ponadto pragnę wszystkim czytelnikom bloga życzyć Wszystkiego Najlepszego i dużo dobrych horrorów do obejrzenia w Nowym Roku 2012!

Miłosz Węglewski



niedziela, 28 sierpnia 2011
Stake Land i Priest - podwójna recenzja

PRZYSZŁOŚĆ KRWIĄ PISANA

Temat zombie był jednym z dominujących w horrorach ostatnich lat. Można wymienić choćby serię Resident Evil, Survival of the Dead oraz Diary of the Dead George’a Romero, brytyjskie 28 dni i 28 Tygodni Później, oba hiszpańskie REC (licząc z amerykańskimi podrób przeróbkami – w sumie cztery filmy), francuski La Horde czy norweski Dead Snow. And the list goes on… Wydaje się, że wyprodukowanie serialu The Walking Dead wyeksploatowało temat do końca, więc twórcy horrorów postanowili poszukać nowych, oryginalnych rozwiązań… Czy zamiana wygłodniałych zombie na wygłodniałe wampiry jest oryginalnym rozwiązaniem? Nie. Czy można z tej materii ulepić dobry film? Odpowiedzi na to pytanie będę szukał w dwóch obejrzanych niedawno filmach, których akcja dzieje się w post-apokaliptycznej przyszłości, w świecie opanowanym przez wampiry… W obu przypadkach krwiopijcy mają niewiele wspólnego ze swoim pelerynowo-nietoperzowo-dostojnym pierwowzorem. Zamiast tego mamy bezmózgie kreatury poruszające się na czterech łapach. Ze swoich filmowych praojców zachowali tylko zamiłowanie do picia krwi oraz podatność na światło słoneczne i kołki :)

priest oraz stake land

 

Priest (2011), reż. Scott Charles Stewart

Akacja filmu przenosi nas do dalekiej przyszłości w której resztki ludzkości pozamykały się w ogromnych, zamkniętych miastach rządzonych przez „Kościół”. Reżyser wciska nam, że od wieków toczyła się krwawa wojna z wampirami, która ostatecznie została wygrana. Udało się to dzięki „księżom” czyli wyspecjalizowanym zabójcom wampirów, przypominających bardziej US NAVY  SEALS niż pobożnych klechów. Gdy misja uwolnienia świata od przebrzydłych wąpierzy została zakończona, księża zostali potraktowani przez władze podobnie jak wracający z Wietnamu weterani przez swój rząd, czyli zepchnięci na margines społeczeństwa. Od razu nasuwa się pytanie czemu ludzie wciąż siedzą w tych paskudnych molochach rządzeni przez fanatyków, skoro świat jest już teoretycznie wolny od wampirów? Na to pytanie nie otrzymujemy odpowiedzi, no ale nieważne, wampiry się jednak pojawiają, kościół wciąż zaprzecza ich istnieniu, a samotny mściciel w postaci księdza Ivana Issaca wyrusza żeby przetrzebić im skóry. Tyle z warstwy fabularnej. Oczywiście mamy jeszcze tzw. „wątki poboczne” oraz bohaterów towarzyszących naszemu dzielnemu bohaterowi uzbrojonemu w masę gadżetów typu metalowe kołki i gwiazdki ninja. Mamy też główny szwarccharakter - zamienionego w wampira byłego księdza, który dąży do zniszczenia wszystkich osad ludzkich. Nie zdradzę w jaki sposób chce to uczynić, powiem tylko, że w Polsce byłoby to niewykonalne ze względu na jakość składów oferowanych przez PKP ;) Priest jest bardziej kinem akcji niż horrorem, bo grozy jest tu tyle co przy kupowaniu kondomów na stacji benzynowej. Zamiast atmosfery strachu mamy tutaj walki w stylu Matrixa czy Equilibrium. Nasz ksiądz śmiga na super motorze „prowadząc śledztwo” i likwidując kolejnych napotkanych krwiopijców. Wampiry są oczywiście niesamowicie szybkie i silne, ale nasz ksiądz zabija je z zapałem porównywalnym do kazań sławnego ostatnio księdza Natanka. Film Priest ciężko nazwać całkowitą porażką, gdyż coś tam zarobił (76,5 mln $) i fanom sensacyjnych sci-fi może się spodobać. Dla mnie jednak zasługuje tylko na tróję. Na plus zapisuję klimat post-apokaliptycznego świata, lekko przypominający Fallout’a.

priest 3 gwiadki

 

Stake Land (2010), reż. Jim Mickle

Nazwisko reżysera sprawiło, że miałem wobec „Świata Kołków” duże nadzieje. Poprzednim filmem Jim’a Mickle był świetny, nakręcony za 60 tysięcy dolarów (!),horror Mulberry Street. Tym razem twórca dostał do dyspozycji znacznie większy budżet i błogosławieństwo dużej wytwórni. Stake Land jest typowym filmem drogi. Mamy więc niedaleką przyszłość, opustoszałe miasta i polujące na ludzi wampiry. Skojarzenie z zombie movies i The Walking Dead narzuca się samo. Nie jest do końca powiedziane co się stało, informacje wyciągamy z oszczędnych dialogów bohaterów. W każdym razie nie ma już rządu, armii ani żadnych instytucji państwowych. Mamy za to nastoletniego sierotę Martina oraz opiekującego się nim twardziela zwanego Misterem. Razem podróżują na północ w poszukiwaniu owianego legendą miasta New Eden, które oparło się krwiopijcom. Od razu należy wspomnieć, że wampiry tutaj są bardzo szybkie, groźne i w starciu jeden na jeden człowiek ma z nimi bardzo niewielkie szanse. Mister jest jednak łowcą i potrafi sobie jednak poradzić z pojedynczymi osobnikami. Swoją wiedzę i umiejętności stara się przekazać Martinowi, którego z czasem zaczyna traktować jak syna. Film Jim’a Mickle, mimo fabularnej wtórności, jest moim zdaniem bardzo udany. Główną zaletą jest skupienie się na warstwie psychologicznej bohaterów i ich przystosowaniu do nowej sytuacji. Okazuje się, że ludzi należy obawiać się równie mocno co wampirów… Mamy również masę ciekawych postaci pobocznych – tracącą wiarę zakonnicę, czarnoskórego dezertera czy fanatyczne bractwo religijne kierowane przez Jebediah’a Loven’a. Dzięki tym postaciom film nabiera rumieńców i fabularnej dwuznaczności. Oczywiście jak na rasowy horror o wampirach przystało, w filmie nie brakuje lejącej się obficie posoki. Sceny z wampirami są jednak odpowiednio wyważone (podróżnicy starają się raczej ukrywać  i nie unikać konfrontacji), więc nie mamy (na szczęście) momentów w których Mister z Martinem zabijaliby je dziesiątkami „na luzie”, jak to ma miejsce w filmie Priest. Generalnie film jest bardzo ciekawy i świetnie zrobiony (zero dłużyzn). Mamy również momenty, które wywołują gęsią skórkę… Gdyby nie zauważalne podobieństwo do I’m Legend, 28 Days Later czy wspomnianego The Walking Dead, film otrzymałby znacznie wyższą ocenę.

stake 6



Miłosz Węglewski

poniedziałek, 30 maja 2011
Pinhead

PANTEON CZARNYCH CHARAKTERÓW. PART II

 

PINHEAD

pinhead

 

Filmografia: Pinhead, wysłannik piekieł, jest „dzieckiem” legendarnego pisarza i reżysera Clive’a Barkera. Po raz pierwszy na ekranie pojawił się w 1987 w filmie Hellraiser. Łącznie Pinhead wystąpił w ośmiu częściach cyklu. Na rok 2011 planowana jest premiera dziewiątej części pod tytułem Hellraiser: Revelations. We wszystkich dotychczasowych odsłonach w rolę Pinhead’a wcielił się brytyjski aktor Doug Bradley.

 

Tło historyczne: Pinhead jest przywódcą Cenobitów – rasy zamieszkującej świat wiecznego bólu i cierpienia (coś na kształt piekła). Był kiedyś człowiekiem, lecz z biegiem czasu spędzonego w Labiryncie (Hellraiserowa wizja piekła nie zawiera ognia ani smoły) zatracił swoją ludzką naturę i wszelkie wspomnienia (w Hellraiser II: Hellbound dowiadujemy się, że Pinheadem jest były weteran pierwszej wojny światowej, wybrany na to stanowisko ze względu na swoje zdolności przywódcze) . Stopniowo awansował w hierarchii piekielnych sługusów i stał się czymś na kształt piekielnego papieża. Kluczem do wymiaru zamieszkanego przez Cenobitów jest kostka Lemarchanda, która odpowiednio ułożona otwiera bramy piekielne i umożliwia przeniknięcie Pinheada i spółki do naszego świata po duszę osoby która ją ułożyła (You sloved the box, we came, now you must come with us. Taste our pleasures. – Pinhead). Przybywają oni aby porwać śmiertelnika do swojego świata okrutnych tortur w klimatach sado maso. Cała seria jest bardzo mroczna i krwawa. Odwołuje się do odwiecznych marzeń człowieka o władzy i rozkoszy (większość ludzi z tą myślą próbuje ułożyć kostkę). Nie zdają sobie sprawy, że w cena którą przyjdzie im za to zapłacić jest niewyobrażalnie okrutna gdyż dla Cenobitów cierpienie i rozkosz są ze sobą nierozerwalnie związane. Każda część filmu rozpoczyna się od ułożenia przez poszukiwacza wrażeń kostki Lemarchanda i przywołaniu tym samym Cenobitów wraz z ich demonicznym przywódcą Pinhead’em.  Nie posiadają oni niczego na kształt sumienia czy współczucia, nawet nie rozumieją takich pojęć . Traktują ludzi jak obiekty eksperymentalne i stosują wobec nich wyrafinowane tortury psychiczne i fizyczne (Oh I’ll enjoy making you bleed. And I’ll enjoy making you enjoy it. – Pinhead). Potrafią być bardzo finezyjni w swoich torturach i tworzyć skomplikowane intrygi w celu pognębienia ofiary (Hellraiser VI: Hellseeker – bohater praktycznie od początku filmu znajduje się w piekle. Cenobici fałszują jego wspomnienia i otaczającą rzeczywistość). Po raz pierwszy Cenobici pojawili się na kartach opowiadania Clive’a Barkera pod tytułem The Hellbound Heart.

cenobici

 

Cechy szczególne: Wszyscy Cenobici wyglądają odrażająco, jak na wysłanników piekieł przystało. Posiadają różnorodne modyfikacje ciała mające na celu zadawanie sobie bólu (np. druty wbite w gardło, amputowane kończyny) i są chorobliwie bladzi. Sam Pinhead (nazywający siebie też inżynierem) ma twarz nabitą kilkucentymetrowymi gwoździami (stąd ksywka). Wszyscy mieszkańcy Labiryntu posiadają ponadnaturalną siłę oraz wytrzymałość  (Praktycznie są nie do zabicia przez człowieka. W „trójce” policjanci opróżniają kilka magazynków w jednego z Cenobitów – bez żadnego efektu). Do tego dochodzą zdolności parapsychiczne. Pinhead posiada zdolność czytania w myślach oraz telekinezy. W Hellraiser III: Hell on Earth, praktycznie w pojedynkę masakruje gości pewnego nocnego klubu. Sposób zabijania jaki stosuje nasz antybohater jest bardzo ciekawy, Piekielny Papież nie zniżyłby się przecież do brudzenia rąk krwią marnej rasy ludzkiej (chociaż i od tego są wyjątki, np. użycie maczety w Hellraiser: Hellworld). Najczęściej Pinhead przyzywa ze swojego świata haki i łańcuchy które rozrywają jego ofiary (co stało się zresztą cechą charakterystyczną całej serii). Wygląda to bardzo efektownie i jak mniemam jest również bardzo bolesne. Warto jeszcze wspomnieć, że główny Cenobit jest także świetnym manipulatorem i kłamcą (mówi ludziom o raju i ekstazie nie wspominając co dla Cenobitów znaczą te pojęcia). Nade wszystko Pinhead jest jednak wielkim mówcą. Lubuje się w wygłaszaniu wielkich mów (Human Dreas… such fertile ground for the seeds of torment. You’re so ripe, Joey. And it’s harvest time. Save your tears. We’ll reap your soul slowly. We have centurie to Discovery the things that make you whimper. Your min dis so naked. A book that yearns to be read. A door that begs to be opened. - Pinhead).  oraz krótkich, zapadających w pamięć punchline’ów (Do I look like someone who cares what god thinks? - Pinhead). Piekielny papież dba również o swój wizerunek. W swoim skórzanym kubraczku wygląda zawsze czysto i schludnie.  

 

Dokonania: Lista zasług Pinhead’a jest naprawdę długa. W końcu stanowiska „drugiego po Lewiatanie” nie otrzymuje się za ładny uśmiech czy wymyślne modyfikacje ciała. Piekielny papież wykazał się w łapaniu uciekinierów z labiryntu (pierwszy Hellraiser), dostarczeniu do piekła nowych duszy (Hellraiser III: Hell on Earth), pozyskiwaniu „wyznawców” (Hellraiser VII: Deader) oraz zwykłym slasherowym rzemiośle (Hellraiser VIII: Hellworld). Lista jego ofiar jest praktycznie niepoliczalna gdyż po pierwsze wcześniejsze dokonania Pinheada (zanim został zastępcą szefa) są nieznane, a po drugie w samej części III nie sposób zliczyć osób będących w klubie (gdzie wszyscy zginęli z ręki gwoździogłowego). Śmiało można jednak postawić tezę, że ma na swoim koncie więcej ofiar niż jakikolwiek „ziemski” morderca. Pinhead zostanie również zapamiętany dzięki swoim bon motom (np. Demons to some, angels to others lub I’am the pain) które przeszły już do legendy horroru. Wspomnienie kostki Lamarchanda do dzisiaj skutecznie przyprawia o gęsią skórkę wszystkich fanów kostki Rubika oraz innych tego typu łamigłówek.

 pinhead z kostką

Podsumowanie: (oceny w skali 1-10)

Śmiercionośność: 9

Wytrzymałość: 10

Inteligencja: 9

Image: 8

Zło: 5

Suma: 41

 

Miłosz Węglewski

 

 

 



wtorek, 24 maja 2011
Michael Myers

PANTEON CZARNYCH CHARAKTERÓW

Niniejszym anonsuję nową blogową serię przybliżającą sylwetki najbardziej złych, zwyrodniałych i morderczych czarnych charakterów pojawiających się na srebrnym ekranie. W pierwszej kolejności zapraszam do zapoznania się (z bezpiecznej odległości) z głównym złym serii Halloween. Cała seria zarobiła na całym świecie łącznie 366mln dolarów.

MICHAEL MYERS

michael myers

Filmografia: Michael Myers pojawiał się dotąd na srebrnym ekranie dziewięciokrotnie. Klasyczna seria  Halloween (rozpoczęta w 1978 roku przez John’a Carpentera) liczy osiem części (jednak w Halloween III: Season of the Witch jego postać się nie pojawia więc nie zostaje uwzględniona). Do tego należy dodać dwa remaki Rob’a Zombiego Halloween i Halloween II z 2007 i 2009 roku.

Tło historyczne: Michael był  na pozór spokojnym chłopcem wychowywanym w lekko patologicznej rodzinie. Wraz z rodzicami oraz dwoma siostrami zamieszkiwali w niewielkiej mieścinie Haddonfield. Od najmłodszych lat u Mike’a można było zauważyć jego tendencję do zakrywania twarzy maską, nikt jednak nie podejrzewał, że może się to wiązać z poważnymi zaburzeniami psychicznymi. Eskalacja nastąpiła w wieku szkolnym, a swój tragiczny finał miała w noc halloween gdy Myers urządził w swoim domu krwawą rzeźnię zabijając ojca, siostrę i jej chłopaka. Jako nieletni (w sumie jeszcze dziecko) z poważnymi problemami mentalnymi trafił do szpitala psychiatrycznego (temu okresowi i rozwojowi choroby Mike’a dużą część poświęca w swoim remake’u Rob Zombie) gdzie zajmował się nim psycholog dr Sam Loomis (twierdzący, że mały Mike to zło wcielone). W psychiatryku, jeszcze jako dziecko, zabija jedną z pielęgniarek . Doprowadza to do samobójstwa jego matki, która nie może znieść opinii „Matki Potwora”. Od tego momentu Myers zamyka się w sobie. Lekarze diagnozują katatonię i przez następne lata jest traktowany raczej jak mebel niż groźny morderca. W końcu doprowadza to do tragedii. Myers ucieka żeby w Halloween powrócić w swoje rodzinne strony i dokończyć to co zaczął kilkanaście lat wcześniej.

mały mike i duży mike

Cechy szczególne: W trakcie długotrwałego pobytu ośrodku zamkniętym (być może na skutek szpitalnego żarcia) Mike wyrósł na naprawdę wielkiego i silnego gościa. W jednej ze scen Halloween II potrzeba kilku chłopa żeby załadować jego poranione ciało do karetki pogotowia. Jest również nienaturalnie wytrzymały – w swojej „karierze” przeżył kilkanaście bezpośrednich postrzałów oraz niezliczoną ilość razy był raniony bronią białą. Jego dwa metry wzrostu i grupo ponad sto kilogramów wagi nie mają jednak przełożenia na rozwój mentalny.  Myers nie jest w stanie (albo nie chce) nawiązać kontaktu werbalnego z innymi ludźmi, a w trakcie podróży żywi się zwierzęcym ścierwem i śpi pod gołym niebem. Jego idee fixe jest zamordowanie swojej siostry Laurie, którą oszczędził w „jedynce”. Działa bez żadnego głębszego planu, jest jak maszyna zaprogramowana do zabijania. Podobnie jak jego trupio biała maska, jej właściciel również nie wyraża żadnych emocji. Uczucia takie jak litość czy wdzięczność są dla Myersa pojęciami abstrakcyjnymi – zabija nawet człowieka który uratował mu życie i przez rok się nim opiekował (Halloween 5: Zemsta Michaela Myersa). Najlepiej charakteryzuje go sam dr Loomis: Spotkałem tego małego chłopca z jego pustą, wypraną z emocji twarzą i najczarniejszymi na świecie oczami […] I zdałem sobie sprawę, że to co mieszka za tymi oczami to czyste zło. Wspomnieć należy również o „okresie żerowania” Michaela, który przypada oczywiście w tytułowe Halloween (jednak nie corocznie, bywały długie przerwy gdy słuch o nim ginął) – w ten dzień nie wyróżnia się (aż tak bardzo) z tłumu przebierańców i jedynie wtedy może w miarę spokojnie poruszać się po mieście.   

Dokonania: W trakcie swojej ponad trzydziestoletniej kariery filmowej Michael Myers pozbawił życia ponad 70 osób. Nie był przy tym jednak jakoś szczególnie oryginalny gdyż najczęściej używał noża (takiego kuchennego). Miał jednak w jego obsłudze taką wprawę, że potrafił spokojnie „przybić” nim kogoś do ściany i pozostawić wiszącego jak obrazek. Gdy Mike nie miał przy sobie akurat noża, wykorzystywał to co było pod ręką: brzytwę (Halloween II), widły (Halloween V: The Revenge of Michael Myers)czy nawet łyżwę (Halloween: H20). W ostateczności wykorzystywał swoje wielkie, silne łapska do ukręcenia łba,  uduszenia lub zmiażdżenia czaszki (Halloween IV: The Return of Michael Myers). Do jego dokonań należy również doliczyć kilka spektakularnych ucieczek z rąk stróżów prawa oraz „zmartwychwstań” po odniesieniu śmiertelnych dla większości ludzi ran. Myers nie mordował w jakiś wyjątkowo efektowny czy wyrafinowany sposób ale był diabelsko skuteczny.

fuck  u

Podsumowanie: (oceny w skali 1-10)

Śmiercionośność: 8

Wytrzymałość: 7

Inteligencja: 2

Image: 4

Zło: 9

Suma: 30

 

 

Miłosz Węglewski



20:13, skulldisco , PANTEON
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 23 maja 2011
Ciągi dalsze czyli...

7 NAJLEPSZYCH HORROROWYCH SEQUELI

Przemysł filmowy jest przede wszystkim maszyną nastawioną na zysk. Nic więc dziwnego, że gdy jakiś film odniesie sukces, momentalnie powstaje jego kontynuacja. Jeżeli „dwójka” też chwyci to powstaje „trójka”, „czwórka” i tak dalej. Zazwyczaj jest to zwykłe odcinanie kuponów od sukcesu oryginału. Często kolejne części są już kręcone przez innych reżyserów a fabuła wydaje się wymyślona na siłę. Któreś z kolei części nie mają fabularnie już nic wspólnego z pierwowzorem, czasem wręcz urągając logice i zdrowemu rozsądkowi. Przykładów niezbyt udanych oraz kompletnie spapranych sequeli jest mnóstwo i można je wymieniać w nieskończoność (za jaskrawy przykład może chociaż posłużyć American Psycho II, opisywane kilka notek wcześniej). Na szczęście wśród tego zalewu komercyjnych i nieudanych kontynuacji znaleźć można też prawdziwe perełki. Aby nie narażać czytelników na przedzieranie się przez to morze gniotów, poniżej prezentuję listę 7 najlepszych drugich (i kolejnych) części horrorów.

 

28 Weeks Later (2007). Reż: Juan Carlos Fresnadillo

Dla przypomnienia: W 2002 roku brytyjski reżyser Danny Boyle nakręcił znakomity zombie movie pod tytułem 28 Dni Później. Bohater filmu budzi się w szpitalu ze śpiączki tylko po to żeby przekonać się, że świat który znał już nie istnieje. Jest tytułowe 28 dni po wybuchu epidemii, która w błyskawicznym tempie zamieniła mieszkańców Wielkiej Brytanii w bezrozumne, mięsożerne istoty. Jim wkrótce spotyka innych niezarażonych i wspólnie próbują znaleźć jakieś bezpieczne miejsce do przeżycia. Sequel, jak zresztą jego tytuł wskazuje, opowiada o wydarzeniach mających miejsce 28 tygodni po wydarzeniach z części pierwszej. Sytuacja na wyspach jest już względnie ustabilizowana ponieważ część zarażonych umarła z głodu. Poza tym istnieją już jakieś struktury państwowe, ludzie się organizują pod patronatem wojska, jednak wciąż zmuszeni są walczyć z niedobitkami „wściekłych”. Niemniej  gdyby wszystko szło ku dobremu to nie byłoby o czym kręcić horroru, więc wśród ocalonych wybucha druga fala zakażeń spowodowana przez jeden pocałunek... 28 Tygodni Później oferuje również to czego w pierwszej części zabrakło – samego procesu rozprzestrzeniania się wirusa.  Za kamerą stanął nieznany szerzej hiszpański reżyser Juan Carlos Fresnadillo, jednak poziom który zaprezentował nie odbiega od ustalonego przez Dannego Boyla w „jedynce”. Film jest godnym następcą 28 Days Later, a po internecie krążą pogłoski, że w 2013 roku światło dzienne ma ujrzeć 28 Months Later...

28 weeks later

 

Piątek 13go II (1981). Reż. Steve Miner

Przy kręceniu kontynuacji rewelacyjnego Piątku 13go przed reżyserem i scenarzystami stało nie lada wyzwanie. Część pierwsza była dziełem „skończonym”, gdyż główny villain (czarny charakter) ginie na końcu filmu w sposób uniemożliwiający wiarygodne „ożywienie” w kolejnej części (zostaje zdekapitowany). Nakręcenie sequelu było sprawą oczywistą, gdyż nie morduje się kury znoszącej złote jaja (prawie 60mln dolarów zysku, przy budżecie ledwo przekraczającym pół miliona). Długo myślano nad wiarygodną kontynuacją i dopiero charakteryzator (kilka lat później już uznany aktor i reżyser) Tom Savini wpadł na pomysł żeby mordercą uczynić syna bohaterki negatywnej z „jedynki” – Jasona, którego postać pojawia się w samej końcówce filmu. Wymyślono, że młody panicz Voorhees, jednak nie utonął (jak było powiedziane w części pierwszej) lecz skrył się w leśnej gęstwinie i stamtąd obserwował m.in. śmierć matki. Od tego momentu jego życiowym celem stało się pomszczenie swojej rodzicielki, zabijając wszystkich, którzy pojawiają się w okolicach Camp Crystal Lake. Był to strzał w dziesiątkę. Druga część Piątku 13go powstała rok po „jedynce”. Pod kątem fabuły, realizacji i klimatu co prawda nie dorównuje oryginałowi, lecz różnica jest naprawdę niewielka. Przede wszystkim jednak „nowy” czarny charakter zdecydowanie przewyższa charyzmą, brutalnością i fizjonomią swoją poprzedniczkę. Jason Voorhees, którego charakterystycznym elementem jest maska hokejowa, stał się jedną z najbardziej rozpoznawalnych filmowych morderców i  symbolem całej serii. Co prawda Piątek 13go II nie okazał się tak wielkim sukcesem kasowym jak część pierwsza to producenci i tak mogli liczyć zyski bo „dwójka” zarobiła 21mln przy jednomilionowym budżecie.

Friday 13th II

 

Hellraiser V: Inferno (2000). Reż: Scott Derrickson.

Niech nikogo nie odstraszy cyferka w tytule, piąta część serii horrorów opartych na pomyśle Clive’a Barkera to bardzo dobry film. Od razu należy zaznaczyć, że nie jest to kontynuacja wydarzeń z pierwszych czterech filmów serii (Hellraiser IV: Bloodline jest ulokowany w 2127 roku na stacji kosmicznej). Film Scotta Derrickson’a przenosi nas z powrotem do współczesności i oglądamy historię kostki LaMarchanda z zupełnie innej perspektywy. Bohaterem jest gliniarz Tommy, który pewnego dnia na miejscu makabrycznej zbrodni znajduje wspomnianą kostkę (otwierającą bramę do piekła zamieszkanego przez Cenobitów) i zabiera do domu. Po jej ułożeniu w jego otoczeniu zaczynają się dziać dziwne rzeczy, a on sam miewa przerażające halucynacje... Hellraiser V: Inferno jest znacznie mniej krwawe niż poprzednie części, oszczędniej dawkowani są również sami odrażający Cenobici, jednak filmowi wychodzi to nawet na dobre, gdyż widzowie mogli czuć już przesyt po porzednich czterech filmach. „Piątka” jest za to bardzo mroczna i świetnie skonstruowana fabularnie. Tommy’emu daleko do wzorowego policjanta, pije i zadaje się z dziwkami. Widać, że śledztwo które prowadzi go przerasta, mimo to brnie dalej odnajdując w miejscach zbrodni kolejne palce dziecka. Film napewno się spodoba osobom, które lubią filmy w stylu „Siedem” czy „Dark City”. Obraz Scotta Derrickson’a jest osobnym filmem w cyklu i mogą go spokojnie oglądać osoby które nie widziały dotąd żadnego z filmów serii Hellraiser.  

hellraiser

 

Dawn of the Dead (1978). Reż. George A. Romero

Drugi film najbardziej klasycznej (i najlepszej) serii o żywych trupach powstał dziesięć lat po „jedynce”. Różnicę widać gołym okiem, zarówno w sferze technicznej (efekty specjalne, charakteryzacja zombie, praca kamery), jak i fabularnej. Podczas gdy Noc Żywych Trupów opowiadała o „jednorazowym wydarzeniu” jakim było powstanie zmarłych z grobów, to Świt Żywych Trupów przedstawia już świat całkowicie opanowany przez zombie. Bohaterowie (Dziennikarz Stephen wraz z dziewczyną Francine oraz dwójka policjantów) próbują uciec z zagrożonego rejonu. Schronienie znajdują w ogromnym, opustoszałym supermarkecie. Spokój jednak nie trwa długo, gdyż wkrótce oprócz hordy żywych trupów będą musieli walczyć również z innymi ludźmi. Mimo, że w filmie występują nieznani aktorzy to ich gra stoi na bardzo wysokim poziomie. Do dzisiaj Świt Żywych Trupów jest jednym z najlepszych o tematyce zombie. Film pozbawiony jest dłużyzn, akcja mknie jak zombiak po świeży mózg, a całość trzyma w napięciu do ostatnich chwil. Dodatkowo pod warstwą horroru można dostrzec krytykę współczesnego konsumpcjonizmu. Umieszczenie akcji filmu w wielkiej galerii handlowej nie jest bynajmniej przypadkowe. Na szczęście twórca nie starał się przemycić do swojego dzieła elementów moralizatorskich. Powrót George A. Romero do tematyki żywych trupów był bardzo udany, a sam reżyser tym samym ugruntował swoją pozycję w czołówce reżyserów horrorów. Dawn of the Dead jest filmem niebanalnym i na pewno nie raz przypomni się widzowi podczas wizyty w wypełnionej ludźmi galerii handlowej.

Dawn of the dead

 

Koszmar z Ulicy Wiązów III: Wojownicy Snu (1987). Reż: Chuck Russell

Seria filmów o Freddym Kruegerze (licząca siedem części nie biorąc po uwagę Freddy vs. Jason oraz remake’u z 2010 roku) to jeden z niewielu „tasiemców” w którym każda część trzyma wysoki poziom. Naprawdę ciężko wybrać najlepszą część (poza jedynką), ale stawiam na „trójkę” czyli Wojowników Snu. Akcja filmu dzieje się w szpitalu psychiatrycznym na oddziale dla osób z zaburzeniami snu. Większość młodych pacjentów jest „gnębiona” przez Freddy’ego, lecz personel nie daje im wiary w istnienie „sennego mordercy”. Wszystko zmienia się w momencie gdy na oddział trafia Nancy Thompson, która namawia lekarzy do zastosowania niekonwencjonalnej terapii z udziałem leku „Hypnocilu”, który daje śpiącym kontrolę nad swoim snem. Już samo umiejscowienie akcji w psychiatryku jest świetnym, budującym klimat pomysłem.Trzecia część Koszmaru z Ulicy Wiązów jest świetnie zrealizowana i ma wszystko czego można wymagać od horroru – wartką akcję, dużo krwi oraz frapujące zakończenie. Efekty specjalne wciąż prezentują się bardzo dobrze. Dowiadujemy się również co nieco o przeszłości Freddiego Kruegera. Nightmare on Elm Street: Dream Warriors był również najbardziej zyskownym filmem z „klasycznej” serii gdyż zarobił prawie 45mln dolarów przy 5mln budżetu. Brawa należą się całej serii o Koszmaru z Ulicy Wiązów za to, że jest bardzo „równa”, w przeciwieństwie do choćby Halloween (osiem części, nie licząc dwóch remake’ów Roba Zombiego) którego niektóre części były wręcz tragicznie słabe. Nie trzeba być wielkim fanem serii o Freddy’m Kruegerze żeby z przyjemnością obejrzeć cześć trzecią legendarnej sagi.

nightmare

 

Aliens (1986). Reż: James Cameron

Po genialnym filmie jakim był nakręcony przez Ridleya Scotta Obcy: Ósmy Pasażer Nostromo, ciężko było znaleźć kogoś kto mógłby godnie zmajstrować część drugą. Zadania napisania scenariusza i reżyserii podjął się James Cameron (wcześniej miał na swoim koncie m.in Terminatora). Fabuła Aliens całkiem zgrabnie łączy się z Obcym: Ósmym Pasażerem Nostromo. Otóż Ellen Ripley po 57 latach dryfowania w stanie hibernacji w kapsule ratunkowej zostaje uratowana przez chciwą korporację, która uważa, że na Xenomorphach można nieźle zarobić. Gdy urywa się kontakt z kolonią na księżycu LV-426, tym samym na którym w „jedynce” załoga Nostromo znajduje jaja obcych, Ripley nie ma wielkiego wyboru i wyrusza tam wraz z misją ratunkową. Jednak mimo, że oba obrazy łączy postać Ellen Ripley oraz tytułowego Obcego to tak naprawdę te dwa filmy bardzo się od siebie różnią. Pierwsza część serii jest przede wszystkim bardzo klimatyczna i nastrojowa. Klaustrofobiczne pomieszczenia gwiezdnego transportera Nostromo i czające się w jego trzewiach coś, co przerasta ludzką wyobraźnię i na co siedmioosobowa załoga jest zupełnie nieprzygotowana – to były atuty filmu Ridleya Scotta. Część druga, Obcy: Decydujące Starcie (takie polskie tłumaczenie..), to znacznie większa rozpierducha. Wystarczy wspomnieć, że nieuzbrojoną załogę zastępuje oddział Space Marines. Liczba obcych też oczywiście się zwiększa (w innym wypadku przypomiałoby to brytyjskie polowanie na lisa) i zamiast jednego mamy całą chmarę krwiożerczych Xenomorphów wraz z samą Królową. James Cameron jakby wiedział, że i tak nie dorówna Scottowi klimatem filmu i pójście tą drogą byłoby błędem. Postawił więc na akcję. I słusznie, film ogląda się z zapartym tchem. Krew i kwas (bo tym krwawią obcy) leją się strumieniami, jednak całość nie straciła do końca „mroczności” Ósmego Pasażera Nostromo. Duża zasługa w tym H.R. Gigera który ponownie pomagał w projektowaniu postacii Xenomorphów oraz wnętrz stacji przetworzonych na lęgowisko tych paskud. Całości dopełnia świetna muzyka skomponowana przez Jamesa Hornera (wcześniej udźwiękowił m.in Imię Róży). Wszystko to czyni Aliens jest filmem równie niezapomnianym co Alien. James Cameron poszedł zupałnie inną drogą niż swój poprzednik i stworzył film znacznie bardziej dynamiczny i przepełniony akcją. Wyszło to jednak na dobre, bo dzięki temu uniknął wtórności i całkowicie zaskoczył widzów. W tym przypadku „dwójka” jest co najmniej tak samo dobra jak „jedynka”. 

aliens

 

Evil Dead II (1987). Reż. Sam Raimi

Mimo, że pierwsza część Martwego Zła (1981) miała wiele niedociągnięć i braków (wynikających po części z niskiego budżetu oraz braków w warsztacie niedoświadczonego jeszcze Sama Raimiego), to prawie od razu zyskała status kultowego. Po sześciu latach, w czasie których reżyser nabrał doświadczenia i kilku świeżych pomysłów, powrócił do swojego największego dzieła. Warto wspomnieć, że do nakręcenia drugiej części swojego największego dzieła Raimi miał do dyspozycji ponad dziesięciokrotnie większy budżet. Jak się okazało były to bezbłędnie wydane pieniądze.  Evil Dead II zaczyna się w momencie w którym kończy się część pierwsza. Ash J. Williams wciąż jest w opuszczonej chatce w górach i dalej walczy z siłami zła (którego sługusami stali się już jego martwi przyjaciele z „jedynki”). W „dwójce” zła jest oczywiście więcej i jest groźniejsze i bardziej podstępne, ale i Ash nabrał już jako takiego doświadczenia w posługiwaniu się swoim shotgunem i piłą łańcuchową. Na pierwszy rzut oka fabuła może wydawać się wtórna, lecz to tylko pozory. Evil Dead II to prawdziwy majstersztyk. Klimat, muzyka, montaż oraz postać głównego bohatera plus umiejętnie dawkowany czarny humor sprawiły, że druga część trylogii Martwego Zła nieznacznie, ale przewyższa swojego poprzednika. Evil Dead II to klasyk nad klasyki. Kilka scen na stałe zagościło w popkulturze, jak choćby moment pozbycia się swojej „przejętej przez zło” dłoni za pomocą piły łańcuchowej (i tekst Ash’a: Who’s laughing now, eh?). Druga część Martwego Zła wywindowała Sama Raimiego do czołówki światowych reżyserów, a Ash’a Williamsa koronowała na króla (In his own way).

evil dead II

 

Miłosz Węglewski

Tagi: sequel
12:24, skulldisco , TOP7
Link Dodaj komentarz »
piątek, 20 maja 2011
Cabin Fever I i II. Podwójna recenzja.

ŚMIERTELNA GORĄCZKA

cabin fever

Miałem niedawno przyjemność obejrzeć po rząd obie części amerykańskiego horroru pod tytułem Cabin Fever i postanowiłem spisać moje wrażenia na kartach bloga. Pierwsza cześć pochodzi z 2003 roku i jest debiutem reżyserskim Eliego Roth’a. Ponieważ ten pan jest bliskim przyjacielem Quentina Tarantino oraz wyreżyserował później Hostel miałem wobec Śmiertelnej Gorączki spore oczekiwania. Film zaczyna się standardowo jak dla tego typu produkcji. Grupa studentów: Paul, Karen, Jeff i jego dziewczyna Marcy oraz głupawy Bert jadą świętować zdane egzaminy do chatki w lesie. Dalej jest już oryginalniej – bohaterowie nie zostają zaszlachtowani przez psychopatę ani zjedzeni przez zamieszkujących las mutantów, lecz muszą stawić czoła niewidzialnemu wrogowi jakim jest śmiertelny wirus. Zostaje on przywleczony do chatki przez zarażonego bezdomnego, którego wcześniej Bert postrzelił z wiatrówki. Choroba powoduje wysoką gorączkę, obfite krwawienie oraz zmiany na skórze (niestety nie zamienia ludzi w zombie). Akcja jest bardzo dynamiczna i film bardzo przyjemnie się ogląda, zwłasza, że Eli Roth ubarwił swoją produkcję wieloma elementami humorystycznymi i nawiązaniami do klasyków gatunku. Mimo, że w filmie nie ma żadnego klasycznego czarnego charakteru zabijającego bohaterów to Cabin Fever jest naprawdę bardzo krwawy. Efekty specjalne i montaż stoją na bardzo wysokim poziomie. Przyczepić się można jedynie do obsady aktorskiej. Nie stoi ona na najwyższym poziomie i trochę brak bardziej wyrazistych postacii. Całość oceniam pozytywnie, Cabin Fever jest ciekawym filmem i udanym debiutem Eliego Roth’a.

bat rank1

 

Część druga, czyli Cabin Fever II: Spring Fever, ujrzała światło dzienne siedem lat później. Tym razem reżyserem został  nieznany szerzej Ti West. Początek zapowiada się obiecująco. Akcja bezpośrednio wiąże się z wydarzeniami z „jedynki”. Zakażona woda trafia do wytwórni wody mineralnej Down Home Water, tam zostaje zabutelkowa i trafia do bufetu na balu maturalnym w miejscowej szkole średniej. Skutków łatwo się domyślić. Głównymi bohaterami uczyniono dwójkę szkolnych loserów Johna i Alexa. Ten pierwszy jest zakochany w swojej wieloletniej przyjaciółce Cassie, będącą równeż dziewczyną szkolnego osiłka. Ta dwójka próbuje wydostać się ze szkoły odciętej od świata przez służby specjalne przy okazji nie zarażając się śmiertelną gorączką. Mimo, że film jest bardziej krwisty niż część pierwsza to z ekranu wieje nudą. Elementy humorystyczne również są niższych lotów niż te zaproponowane przez Eliego Roth’a. W filmie jest także kilka elementów nielogicznych, na przykład skąd nagłe przyśpieszenie w działaniu choroby? Cabin Fever II: Spring Fever jest znacznie słabszy niż swój poprzenik. Od razu widać, że do nakręcenia „dwójki” producentów bardziej skłoniły względy finansowe niż artystyczne. Stąd też odpowiednia niższa ocena.

bat2 rank



MIŁOSZ WĘGLEWSKI

wtorek, 17 maja 2011
czarne charaktery na przestrzeni wieków

Cztery dekady kina grozy. Pojedynek Szwarccharakterów.

Miłośnicy horrorów od dawna spierają się co do „złotej dekady” swojego ulubionego gatunku filmowego. Właściwie od samego początku kinematografii niektórzy twórcy próbowali straszyć widza. Już w latach dwudziestych powstały m.in Gabinet Doktora Calagiri  (1920) czy Nosferatu Wampir (1922) . Następnie powstawało wiele obrazów które śmiało można uznać za horrory, można wymienić choćby The Raven (1935) czy Creature From The Black Lagoon (1954). Lata sześćdziesiąte to już takie obrazy jak Psychoza (1960) Last Man On Earth (1964) czy Dziecko Rosemary naszego rodaka Romana Polańskiego. Jednak dopiero w latach siedemdziesiątych horror stał się pełnoprawnym gatunkiem filmowym. Wystarczy wspomnieć jak świat zareagował na wydaną jeszcze w latach sześćdziesiątych Noc Żywych Trupów George’a A. Romero żeby stwierdzić, że publiczność nie była jeszcze gotowa na uznanie horroru jako sztuki. Równocześnie wraz z Nocą żywych trupów nastąpił rozbrat między thrillerem a horrorem jako takim. Jako osobny gatunek filmowy został uznany dopiero po mającej miejsce w latach 70tych rewolucji kulturalnej. Wtedy to powstały takie nurty jak giallo, slasher czy gore. Od tego czasu powstały setki filmów dotykających coraz to innych ludzkich lęków, często subtelnie nawiązujących do aktualnej sytuacji geopolitycznej czy cywilizacyjnej. Wybranie „złotej dekady” jest zadaniem niezwykle trudnym, więc spróbuję usystematyzować wiedzę i przyznawać punkty w poszczególnych kategoriach. Na „pierwszy ogień” pójdą bohaterowie negatywni czyli mordercy, zombie i wampiry.

 

Psychopatyczni mordercy.

mordercy

Lata 70te uznaje się za początek slasherów. Pierwsze filmy tego nurtu przyniosły nam takie legendy jak Leatherface (Teksańska Masakra Piłą Mechaniczną) oraz Mike Myers (Halloween). Obaj panowie całkiem niedawno doczekali się „zmartwychwstania” w remake’ach. Pan skórzanomordy powrócił za sprawą Marcusa Nispela w 2003 roku (słabo), a cztery lata później muzyk i reżyser Rob Zombie wskrzesił postać Myersa (świetny film). Obie te zamaskowane postacie na stałe wpisały na karty kina grozy. Prawdziwy boom na slashery nastąpił jednak dopiero w następnej dekadzie. Wtedy to na srebrnym ekranie pojawili się m.in. Frank Zito (Maniak) i legendarny Freddie Krueger (Koszmar z Ulicy Wiązów) uzbrojony w rękawicę najeżoną ostrzami. Największym crackiem jest jednak oczywiście Jason Voorhees w Piątku 13go. Pierwsza część powstała w 1980 roku, jednak mordercą nie był w tej części Jason (nie będę zdradzał kto, zapraszam do obejrzenia), pojawia się on dopiero w kolejnych częściach (1981, 1982, 1984, 1985, 1986...) lecz dokazuje w nich przykładnie siekając, rąbiąc i dusząc. Lata 90te to rozkwit tzw. teenage slasherów, jednak najsłynniejszy z nich – Krzyk nie posiadał jednego „etatowego” psychopaty (maskę Ghostface’a przywdziewało kilka osób). Był za to Koszmar Minionego Lata a w Benem Willisem – mordercą „rybakiem” z hakiem zamiast ręki. Film jest moim zdaniem bardzo słaby, ale zarobił 125 mln dolarów więc jest w jakiś sposób sztandarowy dla lat 90tych. Znacznie lepszym filmem był mroczny Candyman (nota bene posługiwał się hakiem) o mordercy z „miejskiej legendy”. Brakuje w tych latach jednak kogoś z charyzmą porównywalną choćby do wspomnianego Freddiego Kruegera czy Mike’a Myersa. Ostatnie dziesięciolecie to głównie era remake’ów (niektóre bardzo udane jak Halloween inne skandalicznie słabe jak remake Piątku 13go) , jednak podejmowano też próby wykreowania oryginalnego bohatera negatywnego. Jednym z bardziej udanych efektów tych wysiłków są  Smakosz z Jeepers Creepers oraz zdeformowany Victor Crowley z filmu Hatchet. Tego drugiego filmu powstała już nawet kontynuacja więc jest szansa na całkiem niezłą serię. Podsumowując, w kategorii psychopatycznych slasherowych morderców zwycięstwo oldschoolu ze wskazaniem na lata 80te. Miejsce trzecie zajmują filmy nakręcone w nowym millenium (kilka udanych remake’ów oraz próby stworzenia nowych szwarccharakterów). Poza podium w tej kategorii stają lata 90te za brak charyzmatycznych psycholi oraz całe serie obsianych serialowymi gwiazdkami teenage slasherów.

 

Zombie

zombie

Nakręcona w 1968 roku Noc Żywych Trupów stała się inspiracją dla wielu filmowców. Lata 70te to nieśmiałe próby poruszania się w tematyce zombie, wśród nich warto wyróżnić Zombi Lucio Fulciego oraz Włosko-Hiszpański Let Sleeping Corpses Lie. Dopiero w 1978 roku, równo 10 lat po pierwszej części, George Romero wypuszcza swój drugi film o zombie – Świt Żywych Trupów, który do dzisiaj jest jednym z najlepszych tematyce zjadaczy mózgów. Lata 80te to już takie klasyki jak: Evil Dead (reż. Sam Raimi), Dzień żywych trupów (reż. Romero), Re-Animator (reż. Stuart Gordon) czy Miasto Żywych Trupów (ponownie Fulci). Poza tym, w tym okresie powstały setki niskobudżetowych produkcji z przedrostkiem zombie w tytule (Zombie Brigade, Zombie Lake, Zombie Nightmare, Zombie Rampage) do czego znacznie przyczyniła się także wytwórnia Troma. Następne lata były dla miłośników żywych trupów kiepskim okresem, warto nadmienić, że w latach 90tych pan Romero, ojciec chrzestny zombie,  zrobił sobie przerwę od tematu nieumartych. W zasadzie jedynym dziełem wartym uwagi była Martwica Mózgu Petera Jacksona. Na szczęście w  nowym millenium temat powrócił ze zdwojoną siłą. Po 2000 roku powstało mnóstwo miodnych zombie-movies, więc wymienię tylko najciekawsze pozycje: 28 Dni Później (reż. Danny Boyle), Automaton Transfusion (reż. Steven C. Miller), Dawn of the Dead (reż. Zack Snyder), Land of the Dead i Diary of the Dead (oba filmy reż. George A. Romero), Dead Meat (reż. Conor McMahon), Dead Snow (reż. Tommy Wirkola), I’ll See You In My Dreams (reż Miguel Angel Vivas), La Horde (reż. Yannick Dahan & Benjamin Rocher), Pontypool (reż. Bruce McDonald), Planet Terror (reż. Robert Rodriguez), REC (reż. Jaume Balaguero) oraz pięć części serii Resident Evil. Jak widać w ostatnich latach żywe trupy mają się świetnie (w 2011 powstał nawet serial The Walking Dead, gdy piszę te słowa dopiero pierwszy sezon) więc to okresowi po 2000 roku przyznaję w tej kategorii palmę pierwszeństwa. Drugie miejsce dla lat 80tych za ponadczasowe perełki (Evil Dead) oraz „ożywienie” tematu ilością filmów o tej tematyce. Ostatnie miejsce na podium dla lat 70tych za wskazanie drogi i pierwsze filmy pana Romero. Poza podium ponownie lata 90te, mimo, że Martwica Mózgu jest świetna to nie wystarczy żeby zająć miejsce punktowane.

 

Wapiry

wampiry

Postać wampira, czy to hrabiego Draculi czy to pospolitego wąpierza wysysającego krew w zasikanych bramach, jest jednym z najstarszych straszydeł w dziejach kina. Przez dziesięciolecia powstały setki adaptacji i interpretacji, poczynając od wczesnego Nosferatu: Symfonii Grozy aż po całą serię z pod znaku „pelerynki i gumowego nietoperza” brytyjskiej wytwórni Hammer Films. Twórcy filmów w latach 70tych mieli więc już nie lada wyzwanie żeby stworzyć jakąś oryginalną historię z długimi kłami w tle, reżyserzy zaczęli więc eksperymentować. Efektem tego są takie filmy jak Vampyres (reż Jose Ramon Larraz) opowiadające o dwóch wampirzycach autostopowiczkach czy Miasteczko Salem(na podstawie Kinga) w którym całkowicie zerwano z romantyczną otoczką wampirów. Jednak lata 70te przede wszystkim Nosferatu Wampir Wernera Herzoga, niesamowicie mroczny i sugestywny. W następnej dekadzie nastały dla krwiopijców ciężkie czasy, z drapieżców stali się ofiarami. Lata 80te to narodziny m.in Vampire Hunter D oraz Lost Boys’ów bezlitośnie eliminujących krwiopijców. Z „poważniejszych” filmów z tego okresu warto zapoznać się z The Hunger w którym występują m.in Dawid Bowie i Catherine Deneuve. W latach dziewięćdziesiątych na krwiopijców również polowano (Blade Wieczny Łowca, John Carpenter’s: Vampires, Od Zmierzchu do Świtu) lecz powstały wtedy również dwa niesamowicie ważne filmy dla historii wampiryzmu (oba na podstawie książek). Pierwszym z nich jest słynny Wywiad z Wampirem(ma podstawie dzieła Anne Rice) który na całym świecie zarobił 223 miliony dolarów. Drugim niezmiernie ważnym filmem z lat 90tych jest Drakula w reżyserii Francisa Forda Coppoli – wierna adaptacja książki Brama Stockera z hollywoodzkim budżetem i w gwiazdorskiej obsadzie. Po roku 2000 postać wampira została niemiłosiernie wyeksploatowana  przez przepełnione efektami specjalnymi hollywoodzkie produkcje jak Queen of the Damned, Underworld (i jego kontynuacje), BloodRayne, 30 Days of Night (całkiem udany) czy Daybreakers. W tym wysypie filmów warto zwrócić uwagę na Let Me In opowiadający o przyjaźni małego chłopca i wampirzycy oraz Shadow of the Vampire opisujący perypetie kręcenia pierwszego Nosferatu: Symfonii Grozy. Na całkiem udane, w wampirzym kontekście, nowe millenium cieniem kładzie się infantylna seria Zmierzch, kierowana do najmłodszej i najmniej wymagającej publiczności. Podsumowując: Pierwsze miejsce na podium w tej kategorii zajmują lata 90te za znakomite filmowe adaptacje książek oraz kilka oryginalnych produkcji (Od Zmierzchu Do Świtu). Drugie miejsce dla lat 70tych za rewelacyjne, ponadczasowe dzieło Herzoga, trzecie dla współczesności (dużo filmów, wśród nich kilka naprawdę dobrych). Poza podium tym razem pozostają lata 80te. Kilka filmów o pogromcach krwiopijców niestety nie wystarczy żeby kogokolwiek zepchnąć z podium.

 

Poprzez ponad 40 lat istnienia horroru jako osobnego gatunku, przez srebrny ekran przewinęły się setki postaci których jednym zadaniem było zadawanie śmierci. W kategorii slasherów i psychopatycznych morderców zdecydowanie dominują lata 80te i 70te – wtedy to do życia powoływani byli najbardziej charyzmatyczni i najbardziej przerażający bohaterowie negatywni. Lata 90te były złotym okresem wampiryzmu, ówczesne filmy były najbardziej dopracowane i zapadające w pamięć. Z kolei zombie-movies swój złoty okres przeżywają obecnie (podobnie jak czołowy Polski zombie – Krzysztof Ibisz), co roku powstaje kilka wartych uwagi filmów o żywych trupach. Oby tak dalej!  Wkrótce pojedynek horrorów w innych kategoriach...

 

Miłosz Węglewski



poniedziałek, 02 maja 2011
7 najgorszych horrorów XXI wieku

STRACH SIĘ BAĆ

Czyli największe horrorowe gnioty XXI wieku.

 

Pora Mroku, 2008. Reż: Grzegorz Kuczeriszka

Polacy do niektórych rzeczy się po prostu nie nadają. Są to między innymi: budowa autostrad, gra w piłkę nożną i kręcenie horrorów. Nie wiadomo co palił urzędnik Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej podpisując dotację na milion złotych (!) dla tego gniota. Fabuła filmu jest marną kalką Hostelu (reż. Eli Roth) przeniesioną na tereny opuszczonych fabryk Dolnego Śląska. Główne role powierzono polskim aktorom serialowym (m.in. Kuba Wesołowski z Na Wspólnej) i poziom ich odegrania jest po prostu żałosny. Maciuś z Klanu prawdopodobnie potrafiłby ukazać szersze spektrum emocji niż aktorzyny zatrudnione do tego „dzieła”. Dialogi w filmie są sztywne jak trup z chłodni i nie wnoszą kompletnie nic do fabuły, podobnie sprawa wygląda w przypadku tzw. „wątków pobocznych”. Jednak największym grzechem tego filmu, który śmie nazywać się horrorem, jest to, że nie jest w ogóle ani trochę straszny. Sceny które w założeniu autorów miały budzić lęk wywołując co najwyżej uśmiech (politowania). Krwi i flaków w tym „horrorze” jest tyle co kot napłakał. Szkoda, bo fajnie by się patrzyło na patroszenie polskich gwiazdek małego ekranu. Pora Mroku jest totalną szmirą, stratą czasu i zbrodnią na kinematografii. Co gorsza powstałą za pieniądze podatników.

pora mroku

 

 Zakonnica (La Monja), 2005. Reż: Luis De La Madrit

Życie za klasztornymi murami wydaje się dość intrygujące. Izolacja, celibat, fanatyzm i surowe reguły obowiązujące zakonnice były już inspiracją dla filmowców. Obrazy takie jak Satanico Pandemonium, Alucarda czy choćby polska Matka Joanna od Aniołów odwoływały się właśnie do tych elementów życia boskich słóżek. Hiszpański reżyser postanowił jednak iść dalej i szwarcharakterem swojego filmu uczynił powracającą zza grobu przeorkę klasztoru. Brzmi głupio? Taki właśnie jest horror Luisa De La Madrit’a – głupi. W filmie aż roi się od nielogiczności. Przykładowo Julie, główna bohaterka filmu udaje się z niezapowiedzianą wizytą do nigdy wcześniej nie widzianej krewnej w europie. Ciotki nie zastaje w mieszkaniu więc co robi? Nie dzwoni, nie czeka, tylko bezpardonowo wprasza się do obcego mieszkania (oczywiście drzwi nie są zamknięte na klucz, bo po co). Takich elementów urągających zdrowemu rozsądkowi jest tu znacznie więcej. Od strony technicznej film prezentuje poprawny poziom (ale szału ni ma), jednak jedynym elementem grozy jest pojawiający się co jakiś czas duch zakonnicy kogośtam zabijający (piszę „kogośtam” bo w filmie brak jakiejkolwiek identyfikacji z bohaterami). Seans filmu Zakonnica jest równie pasjonujący co niedzielne kazanie stetryczałego księdza.

 la monja

Zdarzenie (The Happening), 2008. Reż: M. Night Shyamalan

Oglądanie tego filmu jest równoznacze ze zmarnowaniem półtorej godziny swojego życia. Fabuła tego „dzieła” jest tak głupia, że aż trudno uwierzyć, że jej autorem jest ten sam człowiek, który wcześniej napisał świetny Szósty Zmysł. Ale po kolei: Pewnego dnia w największych amerykańskich metropoliach dochodzi do fali niewyjaśnionych samobójstw. Wkrótce okazuje się, że to rośliny zbuntowały się przeciwko niszczycielskiemu wpływowi człowieka na planetę ziemię i postanowiły się naszej rasy po prostu pozbyć (!). W tym celu zaczęły produkować toksynę, która skłania ludzi do odebrania sobie życia (czemu po prostu nie jakąś śmiertelną truciznę?). Poznajemy również Elliota (kompletnie nie pasujący do tej roli Mark Wahlberg), który próbuje wraz z rodziną opuścić miasto uciekając przed groźnymi „zdarzeniami”. Czemu akurat ucieka poza miasto, gdzie jest znacznie więcej roślinności, niż np. schronić się w klimatyzowanym biurowcu? Nie wiadomo. Takich niedorzeczności jest znacznie więcej, pomijając fakt, że sam wątek rodzinny jest miałki i nieciekawy. Największym grzechem tego „horroru” jest to, że w ogóle nie straszy. Zresztą co ma straszyć – wiatr (rozpylający toksyny)? W przypadku braku namacalnego czarnego charakteru film mogłaby chociaż ratować jakaś atmosfera grozy i beznadziei, lecz jej także nie uświadczymy. Tak więc przez ponad półtorej godziny bohater wraz z rodziną snują się po ekranie, czasem powieje wiatr i ktoś popełni samobójstwo. Gdzie upchano to 60 mln budżetu? Oto zagadka godna Sherlocka Holmesa.

 zdarzenie

American Psycho II, 2002. Reż: Morgan J. Freeman.

Chciałem w tym zestawieniu uniknąć sequeli ponieważ w większości przypadków kolejne części filmów są coraz słabsze (przykładów jest mnóstwo, choćby Feast II, Halloween III) i z samych marnych kontynuacji można by ułożyć oddzielny ranking. Jednak druga część rewelacyjnego American Psycho (2000, reż: Mary Harron) aż woła o pomstę do nieba. Od razu należy zaznaczyć, że Morgan J. Freeman (nie mylić z aktorem o tym samym nazwisku) nie miał z pierwszą częścią nic wspólnego i jego film jest niczym innym jak obrzydliwą próbą zarobienia na czyimś sukcesie. Bohaterką jest Rachel Newman, studentka marząca o karierze w FBI. Dziewczyna ma lekki przerost ambicji i żeby być najlepszą na roku zabija swoją konkurencję. Cała fabuła jest strasznie naciągana. Przede wszystkim sam fakt, że dziewczyna jest otoczona agentami i psychologami policyjnymi (taki kierunek sobie wybrała) i oczywiście nikt nie rozpoznaje w niej psychopatki. Poza tym znikającymi studentami i pracownikami uczelni też żadne służby głębiej się nie interesują. Całość jest przeraźliwie nudna i przewidywalna, od razu wiadomo kto stanie się następną ofiarą. Sceny morderstw są bardzo słabe i nie wywołują żadnych emocji (nie to co Patric Bateman biegający z piłą łańcuchową). W postać Rachel wciela się znana z Różowych Lat 70-tych Mila Kunis. Niestety nie wyrasta ponad poziom głupiutkiej Jackie, którą tam grała. Całość jest nie jest nawet kontynuacją, ale nieudolną kalką pierwszej części American Psycho. W tym filmie po prostu nie da się znaleźć ani jednego pozytywnego elementu. Reżyser tego obrazu zasługuje na karę cielesną i dożywotni zakaz kręcenia filmów.

american psycho 2

 Dom Śmierci (House of the Dead), 2003. Reż: Uwe Boll

Nazwisko reżysera mówi samo za siebie. Niemiec Uwe Boll jest uznawany, jak najbardziej słusznie, za najgorszego reżysera w historii. Upodobał sobie zwłaszcza ekranizacje gier komputerowych. Jego pierwszym podejściem do tego tematu było House of the Dead – filmowa adaptacja kultowej strzelanki FPP(pierwsza wersja była jeszcze na automaty). Film można podzielić na dwie części. Pierwsza to tzw. wprowadzenie, które wygląda mniej więcej tak: Grupa nastolatków wybiera się na wyspę u wybrzeży florydy na imprezę techno. Zamiast imprezy zastają hordę wygłodniałych zombie. Koniec. Wszystkie postacie wyglądają i zachowują się bardzo sztucznie. Całość wygląda jak zrobiona na siłę. Druga część filmu to już strzelanka rodem przeniesiona z automatu. Bohaterowie nie wiadomo skąd posiedli umiejętności obsługi wielu rodzajów broni i eksterminują kolejne fale krwiożerczych potworów. Całości dopełniają niepotrzebne „spowolnienia czasu” ala Matrix. Najgorsze jest to, że ten film nie jest zrobiony z przymróżeniem oka (jak np. Martwica Mózgu czy Dead Snow) lecz śmiertelnie poważnie. Mimo, że Hourse of the Dead spotkał się z miażdżącą krytyką to coś tam zarobił (niecałe 14 mln przy 12 mln budżetu...) więc zachęcony tym Uwe Boll nakręcił kolejne filmy. Były to oczywiście adaptacje gier, m.in: Alone in the Dark (2005), Postal (2007) czy FarCry (2008). Wszystkie równie idiotyczne. Niedawno serca polskich fanów Wiedźmina drżały bo po internecie krążyły plotki, że Uwe Boll planuje zabrać się za ekranizację przygód Geralta z Rivii...

 hause of the dead

Istoty (Humains), 2009. Reż: Pierre-Olivier Theve.

Niesłabnącą popularnością cieszą się tzw. Survival Horrory. Najczęściej dzieją się one w jakiś odciętych od świata rejonach i główni bohaterowie zmuszeni są do walki o życie w skrajnie nieprzyjaznych warunkach. Sztandarowymi obrazami tego nurtu są między innymi Eden Lake (2008) gdzie młode małżeństwo zostaje sterroryzowane przez grupkę nastolatków przy ukrytym na odludziu jeziorze, Turistas (2006) dziejący się w brazylijskiej dżungli oraz Wrong Turn (2003) gdzie bohaterowie uciekają z lasu zamieszkałego przez mutantów kanibali. Tym nurtem pragnął się też udać francuski reżyser. Akcję filmu umieścił w odciętych od świata rejonach Alp Szwajcarskich, gdzie profesor Schneider wraz z asystentką, synem oraz trójką spotkanych turystów, zmuszeni są do stawienia czoła hordzie neandertalczyków (!). W wizji autorów filmu praprzodkowie ludzi przeżyli dzięki pomocy miejscowej ludności (która niewiadomo dlaczego przymyka oko na ich krwawy tryb życia) i teraz szukają obiektu rozpłodowego dla przedłużenia linii swojej rasy. Pomijając już samą debilność scenariusza, realizacja również stoi na poziomie prehistorycznym. Krwawych efektów jest tu jak na lekarstwo, a jeden z głównych elementów tego typu filmów czyli identyfikacja z bohaterami praktycznie tu nie występuje. Postacie są sztuczne i plastikowe, snują się po górach prowadząc denne dialogi. Podobnie neandertalczycy (odziane w skórę dzikusy) nie wywołują żadnych emocji (o jakimkolwiek strachu nie wspominając). Film mogłyby uratować chociaż zdjęcia (często bardzo mocny element survival horrorów) ukazujące mizerność człowieka w starciu z potęgą natury, jednak w Humans przypominają one bardziej serie realizowane przez Telewizję Polską niż Discovery Channel.  Film jest marny, wtórny i nic nie wnosi do gatunku. Strata czasu.

 humains

Zombiez, 2005. Reż: Zachary Winston Snygg

Wydawać by się mogło, że filmy o zombie to temat który naprawdę ciężko zepsuć (fani żywych trupów są w stanie przełknąć prawie wszystko), jednak amerykańskiemu reżyserowi udaje się to w pełni. Zombiez jest filmem którego po prostu nie da się oglądać. Mimo, że żywe trupy na srebrnym ekranie pojawiały się w różnych wersjach, począwszy od wolnych i słabych (Dawn of the Dead) po szybkie i śmiertelnie niebezpieczne (28 Days Later), to zawsze miały wspólną cechę – były głupie i kierowały się instynktem. W filmie Zacharego Winstona Snygg’a zombie są inteligentne (mówią!) oraz sprawne manualnie (posługują się m.in. nożami i hakami) co jest całkowitym zaprzeczeniem idei żywych trupów. Kolejną kwestią jest ich charakteryzacja, a raczej jej brak. Filmowe monstra to tylko marni aktorzy pobrudzeni sztuczną krwią. Pozostając już przy kwestii obsady – wszystkie postacie w filmie grane są przez czarnoskórych (oczywiście bardzo sztucznie). Widok zabijanych murzynów nie sprawia jednak żadnej satysfakcji gdyż efekty specjalne stoją na poziomie amatorskich filmów grozy z przed kilku dekad. Ujęcia kamery są statyczne i po prostu wieją nudą. Całości dopełnia kiczowata muzyka z pogranicza hip-hopu i r’n’b. Zombiez jest zdecydowanie najgorszym filmem o tematyce żywych trupów jaki kiedykolwiek powstał. Horrory okazały się kolejną dziedziną do której czarnoskórzy się nie nadają.

zombiez

 

MIŁOSZ WĘGLEWSKI

wtorek, 19 kwietnia 2011
7 najlepszych nieanglojęzycznych horrorów

SIEDEM NAJLEPSZYCH NIEANGLOJĘZYCZNYCH HORRORÓW

The Troll Hunter (Trolljegeren), 2010, Norwegia.

Trolle – ogromne, niezwykle silne i głupie stworzenia, zamieniające się pod wpływem słońca w kamień są jednym z nieodłącznych elementów kultury skandynawskiej. Pojawiają się już w mitologii nordyckiej, później opisywane między innymi przez Ludviga Holberga czy Hansa Christiana Andersena. Nic dziwnego więc, że w końcu Trolle pojawiły się również na srebrnym ekranie. Film Andre Øvredal’a nakręcony jest w modnej ostatnio konwencji pseudo-dokumentu. Opowiada o grupie studentów kręcących materiał o Hansie – łowcy trolli. Na początku podchodzą do sprawy sceptycznie, licząc na zrobienie z bohatera pośmiewiska. Jednak wkrótce na własnej skórze przekonują się, że kamienne olbrzymy nie występują jedynie w baśniach. Film nie jest typowym horrorem, sceny z Trollami często wywołują na twarzy uśmiech zamiast grymasu lęku. Nie można za to obrazowi  Øvredal’a  odmówić klimatu. Gdy zapada zmrok (okres żerowania trolli) robi się naprawdę ciekawie. Zdjęcia,  realizacja i gra aktorska stoją na najwyższym poziomie. Główną rolę Hansa gra bardzo popularny w Norwegii komik Otto Jespersen. Mimo niskiego budżetu efekty specjalne także stoją tu  na bardzo wysokim poziomie i niczym nie odbiegają od hollywoodzkich produkcji. Ponadto wspaniałe, surowe krajobrazy Norwegii powodują, że praktycznie nie można się oderwać od ekranu. Troll Hunter jest filmem który ucieszy zarówno miłośników horrorów, jak i osoby nie przepadające za tym gatunkiem.

troll

 

[REC], 2007, Hiszpania.

Film opowiada o wydarzeniach rozgrywających się w pewnej kamienicy w Barcelonie (w rzeczywistości przy ul. Rambla de Catalunya). Dziennikarka Angela Vidal wraz z kamerzystą realizują program dokumentalny „Kiedy Śpisz”. Feralnej nocy towarzyszą akurat ekipie strażaków, która wyrusza na wezwanie do wyżej wymienionego budynku. Na miejscu okazuje się, że miejsce zostało opanowane przez zombie (swoją drogą ich geneza w tym filmie jest bardzo ciekawa), a cała kamiennica zostaje odcięta od świata przez służby sanitarne. Rozpoczyna się dramatyczna walka o przeżycie rejstrowana na żywo na taśmie filmowej. Film Jaume Belaguero i Paco Plazy to horror przez duże H. Nie ma tu miejsca na puszczanie oka do widza, czy przerysowane efekty gore. Na pewno nie jest to film dla ludzi o słabych nerwach. Trick z kręceniem kamerą „z ręki” dodatkowo pogłębia identyfikację z bohaterami.  Hiszpańskie dzieło zostało docenione zarówno przez krytyków, jak i przez widownię. Film zarobił ponad 30 mln dolarów, co jak na obraz nieanglojęzyczny jest naprawdę imponującym wynikiem. Sukces [REC] nie umknął wielkim wytwórniom i już rok później w hollywood powstał amerykański remake pod tytułem Kwarantanna. Według mnie (i nie tylko) nie umywa się on jednak do oryginału.

rec

 

Shutter (polski tytuł: Widmo), 2004, Tajlandia.

Przyznam bez bicia (czy też odcinania ręki piłą łańcuchową), że nie jestem fanem azjatyckiego kina grozy. Wszystkie te Klątwy i Ringi są moim zdaniem robione „na jedno kopyto”. Jednak dzieło tajlandzkiego reżysera Banjong’a  Pisanthanakun jest chlubnym wyjątkiem na tym tle. Na pierwszy rzut oka mogłoby się wydawać, że to klasyczny azjatycki ghost story jakich wiele. Po części tak jest, jednak film wyróżnia się na tle konkurencji naprawdę niebanalną historią z bardzo zaskakującym zakończeniem. W przeciwieństwie do japońskich kuzynów gdzie groza jest dawkowana powoli i oszczędnie, Shutter obfituje w „mocne” sceny. Straszą nas zarówno tzw. jump scenes (nagle coś wyskakuje na ekranie) jak i niepokojące ujęcia na zasadzie zaraz coś się zdarzy. Historia prześladowanych przez ducha fotografa Tun’a i jego dziewczyny Jane potrafi przyprawić o gęsią skórkę. Całości dopełnia klimatyczna oprawa muzyczna. Dla osób zainteresowanych azjatyckim kinem grozy Shutter to pozycja obowiązkowa.

shutter

 

Nosferatu Wampir (Nosferatu – Phantom der Nacht) 1979, Niemcy/Francja.

Film niemieckiego reżysera Wernera Herzoga jest prawdziwym arcydziełem. Do dziś jest zdecydowanie najmroczniejszą i „najgłębszą” adaptacją historii hrabiego Drakuli (Herzog zdecydował się na powrót do oryginalnych imion bohaterów. W Nosferatu: Symfonii Grozy z 1922 wampir nazywał się Hrabia Orlok). Tytułowy krwiopijca nie symbolizuje tylko zła, lecz także nieskończony tragizm i samotność. Nosferatu Wampir, podobnie jak inne filmy Herzoga, nie był kręcony w studiu, lecz całkowicie w plenerze. Dla zachowania maksimum realizmu w holenderskim mieście Schiedam, w którym kręcono część scen, wypuszczono na ulicę kilka tysięcy przywiezionych z Węgier szczurów. Pisząc o tym filmie nie można nie wspomnieć o genialnych kreacjach aktorskich Klausa Kinskiego (Nosferatu) oraz Isabelle Adjani (Lucy Harker), grającej pod wpływem hipnozy. Dzieło niemieckiego reżysera zdecydowanie nie jest filmem dla każdego, a zwłaszcza dla ludzi, którzy w filmie cenią szybki montaż i dynamiczną akcję. Obraz Herzoga to w dużej mierze rozwlekłe ujęcia krajobrazów poparte niepokojącą muzyką. Jest to film dla ludzi dla których filmy o wampirach to coś więcej niż Zmierzchy czy Van Helsingi.

nosferatu

 

Frontiers (Frontière(s)), 2007, Francja.

Europejskie kino grozy przeżywa w XXI wieku swoisty renesans. Horrory powstające na starym kontynencie już nie tylko w niczym nie ustępują hollywoodzkim produkcjom, ale też czasami je przewyższają (głównie świeżym podejściem do tematu). Film opowiada o grupie młodych ludzi, którzy uciekają z ogarniętego zamieszkami Paryża. Umawiają się w przygranicznym motelu. Mają jednak pecha gdyż jego właścicielami okazuje się rodzina kanibali o nazistowskich sympatiach (w roli głowy rodziny Van Geislerów rewelacyjny Jean-Pierre Jorris). Pod motelem znajdują się opuszczone kopalnie, które stają się miejscem kaźni bohaterów. Film Xaviera Gensa nie szczędzi nam mocnych scen. Wręcz przeciwnie. Sceny tortur są momentami aż za bardzo sugestywne i realistyczne. Jest to naprawdę dobrze zrobiony horror, który długo nie daje o sobie zapomnieć.

frontieres

 

Siedem Bram Piekieł (E tu vivrai nel terrore: L’aldilà), 1981, Włochy.

Przy tworzeniu listy najlepszych nieanglojęzycznych filmów nie mogło oczywiście zabraknąć przedstawiciela włoskiego nurtu Giallo (pierwowzoru slasherów). Film legendarnego Lucio Fulciego jest zdecydowanie najbardziej szokujący z całego zestawienia (filmy giallo często były cenzurowane lub wręcz zakazywane ze względu na ich drastyczność) – można w nim znaleźć między innymi sceny rozszarpywania twarzy przez psa czy rozpuszczania ludzi w żrącym kwasie. Osią opowieści jest przypadkowe otwarcie bramy do piekła, przez którą do małego miasteczka przedostają się hordy istot rodem z koszmarów. Siedem Bram Piekieł to jednak przede wszystkim niepowtarzalny nastrój grozy i wszechogarniającego zła (Lucio Fulci był mistrzem operowania kolorem i obrazem). Jedynym słabszym elementem filmu są nie do końca dopracowane efekty gore, zwłaszcza krew która konsystencją i kolorem przypomina bardziej ketchup Tesco niż prawdziwą juchę. Mimo to Siedem Bram Piekieł (inny tytuł: Życie Pozagrobowe) jest jednym z najlepszych i najbardziej krwawych horrorów w historii. Jest to sztandarowy przedstawiciel gatunku gore. Film zdecydowanie nie dla ludzi wrażliwych na drastyczne sceny.

siedem bram piekiel

Dead Snow (Død snø), 2009, Norwegia.

Fabuła jest stosunkowo nieskomplikowana. Grupa studentów medycyny wypoczywa (czytaj: pije piwo i uprawia sex) w oddalonej od cywilizacji chatce gdzieś w norweskich górach. Ich beztroska trwa do momentu gdy nieznajomy mężczyzna uświadamia ich, że balują na terenach gdzie naziści podczas II wojny światowej prowadzili tajne eksperymenty. Po chwili mają już do czynienia z hordą powstałych ze śniegu, ubranych w mundury SS, wygłodniałych zombie. Film Tommy’ego Wirkoli to prawdziwa gratka dla miłośników latających w powietrzu mózgów i flaków. Mimo, że trup ściele się gęsto, walka ludzi z nazi-zombiakami wygląda raczej groteskowo niż strasznie (chociaż pierwsze sceny z nieumarłymi hitlerowcami naprawdę trzymają w napięciu). Końcowe sceny filmu to już raczej czarna komedia niż horror. Dead Snow to także masa nawiązań do klasyków – od Evil Dead po polewkę z całego kanonu slasherów. Od strony technicznej, podobnie jak w przypadku Troll Huntera, filmowi nie można nic zarzucić. Montaż i efekty specjalne stoją na najwyższym poziomie. Norwegia w ostatnich latach wyrasta na europejską potęgę w gatunku horrorów.

dead snow

 

MIŁOSZ WĘGLEWSKI

piątek, 15 kwietnia 2011
Jak przeżyć w horrorze? 7 porad.

SIEDEM RZECZY KTÓRYCH NAUCZYŁEM SIĘ Z HORRORÓW. CZĘŚĆ I.

Horrory są generalnie robione po to żeby straszyć, nie żeby uczyć. Jednak uważny obserwator potrafi dostrzec kilka reguł i schematów, które obowiązują w tego typu produkcjach. Gdy zdarzy ci się stanąć oko w oko z psychopatycznym mordercą, krwiożerczym potworem lub wygłodniałymi zombie, warto znać kilka podstawowych zasad które umożliwią ci przeżycie. Najlepiej uczyć się na cudzych błędach...

1. Uważać na słowa.

Bogata historia slasherów,  w których grupka ludzi w odludnym miejscu ma do czynienia z psychopatycznym mordercą, uczy żeby w pewnych sytuacjach wykreślić ze swojego słownika kilka zwrotów. Przede wszystkim oddalając się samotnie od reszty nigdy nie mów Zaraz wracam. Jest to gwarancja na to, że się już nie wrócisz (Krzyk, 1996) i zostaniesz później znaleziony przez resztę całkowicie wypatroszony (Halloween II, reż. Rob Zombie). Z kolei gdy zza okna lub z pobliskich krzaków dobiegają jakieś dziwne dźwięki, nie mów To tylko wiatr bo na pewno okaże się, że to było coś innego – na przykład zombie naziści (Dead Snow, 2009) . Daruj sobie sprawdzanie co to było, bo skończy się to dla ciebie bardzo źle (Krwawa Uczta, 2005). Gdy wydaje się, że zagrożenie minęło nie śpiesz się z mówieniem Już dobrze. Jesteśmy bezpieczni bo wtedy na sto procent  wyskoczy ci jeszcze zza pleców jakiś niedobitek (Wrong Turn, 2003).

 

2.  Zachować ostrożność na stacjach benzynowych.

Stacje benzynowe często są jedynym miejscem w okolicy czynnym dwadzieścia cztery godziny na dobę. Naturalne więc, że od czasu do czasu stają się miejscem nocnych pielgrzymek po alkohol lub fajki.  Horrory uczą nas jednak, że są to miejsca w których należy zachować szczególną ostrożność. Nie dajcie się zwieść uprzejmości pracowników, mogą być oni w zmowie z jakimś psychopatą (Teksańska Masakra Piłą Mechaniczną - właścicielem stacji był brat Leatherface’a). Gdy podróżujesz i zgubisz drogę pod żadnym pozorem nie pytaj o nią na stacjach benzynowych gdyż możesz mieć pewność, że zostaniesz poprowadzony prosto w łapy jakiś ohydnych bestii (Wrong Turn, Wzgórza Mają Oczy, 2006), w obu powyższych przypadkach – mutantów i kanibali. Nie polecam również stołowania się we franczyźnianych knajpach przy stacjach benzynowych, gdyż często są one miejscem odwiedzin morderczych bestii (Krwawa Uczta) lub areną starć dobra ze złem (Legion, 2010). Kolejnym i być może najważniejszym powodem dla którego warto od stacji benzynowych trzymać się z daleka są ceny, które nawet największego twardziela mogą przyprawić o zawał serca. Tak więc podjechać, zatankować i jak najszybciej odjechać (nie zapominając sprawdzić tylnego siedzenia...).

 

3. Ostrożnie dobierać nocleg.

Jeżeli zdarzy się, że sytuacja zmusi cię do szukania noclegu w jakimś nieznanym miejscu to pamiętaj, że pukanie do przypadkowych drzwi to najgorsza możliwa opcja. Nigdy nie wiesz na kogo możesz trafić. Może to być na przykład szalony naukowiec szukający obiektów do swoich odrażających eksperymentów (Dr Heiter z Humen Centipede) albo psychopatyczna rodzinka kanibali (Dom 1000 Trupów). Jeżeli rzeczywiście nie ma innego innego wyjścia (budowa szałasu?) to posłuchaj rady polskiego reportera Jacka Hugo-Badera i pytaj o nocleg tylko tam gdzie w oknach stoją kwiaty. Zachowaj również ostrożność gdy zamierzasz zatrzymać się w jakimś tanim hoteliku, żeby przypadkiem nie trafić  na taki jak z filmu Eliego Rotha (Hostel, 2005), Antala Nimroda (Vacancy, 2007)) albo Matthew Leutwylera (Dead & Breakfast, 2004). Jeżeli planujesz podróż z wyprzedzeniem to lepiej wcześniej dokładnie sprawdź opinie na temat przyszłego miejsca noclegu. Gdyby Marion Crane, bohaterka filmu Psychoza (Alfreda Hitchcocka) miała dostęp do internetu i mogła sprawdzić opinie na hostelworld, pewnie nigdy nie trafiłaby do hoteliku Normana Batesa...

 

 

4. Najbezpieczniej mieszkać w bloku.

Pomijając kwestie praktyczności i komfortu, mieszkanie w bloku jest znacznie bezpieczniejsze niż w kamienicy czy domku. Weźmy na przykład atak żywych trupów. Jak zombie radzą sobie z domkiem jednorodzinnym widzieliśmy choćby w Nocy Żywych Trupów (1968, reż. George A. Romero). Zabicie okien deskami i przesunięcie szafy pod drzwi na długo nie zatrzymają wygłodniałych nieumarłych. Kamienica jest trochę lepszym rozwiązaniem. Zazwyczaj dostępu do środka bronią solidne drzwi lub brama. Jednak w momencie gdy zombiaki dostaną się do środka,staje się śmiertelną pułapką. Zobrazował nam to hiszpański reżyser Jaume Belaguero w filmie [REC] oraz Jim Micle w Mulberry Street.  Mieszkanie w bloku daje nam największe szanse przeżycia takiej sytuacji, czego przykładem może być Frank i jego córka Hannah, których spotyka bohater 28 dni później (2002, reż. Danny Boyle). Udało im się doskonale zabarykadować za prawie potrójną osłoną (drzwi do bloku, drzwi na piętrze, drzwi do mieszkania), wodę i pożywienie pozyskiwali z rozstawionych na dachu budynku wiader w które łapali deszczówkę i polowań na gołębie. Jeżeli atak zombie uważasz za mało prawdopodobny, to i tak pozostaje kilka elementów które czynią bloki bezpieczniejszymi niż domki i kamiennice. Jak pokazała seria Krzyków (reż. Wes Craven), impreza w domku jednorodzinnym to idealne miejsce na urządzenie krwawej rzeźni. Dodatkowo, prawie każdy posiada piwnicę w których lubią się lęgnąć różne paskudztwa (Cellar Dweller, 1988). Kamienice są z kolei często zamieszkiwane przez różnego rodzaju wariatów (Lokator, 1927) lub demony (Landlord, 2009). Bloki, nawet te najstarsze,  nie dorobiły się jeszcze nawet duchów (przynajmniej nie słyszałem), wobec tego jedynym realnym zagrożeniem mogą być zamieszkujący blokowiska dresiarze.

 

5. Omijać cyrki szerokim łukiem.

Wydawać by się mogło, że cyrk jest wesołym i przyjaznym miejscem rodzinnych wypraw. To tylko pozory. Tak naprawdę to bardzo niebezpieczne miejsce pełne najróżniejszych dziwaków: karłów, kobiet z brodami oraz wilołaków, które niestety lubią nocami opuszczać teren cyrkowego miasteczka. (Skowyt 6: Dziwolągi, 1991). Nie ciesz się więc gdy ta ferajna zajeżdża do twojego miasta... Nawet niepozorny dziadek hipnotyzer może okazać się niebezpiecznym wariatem wykorzystującym swojego somnambulika do morderstw (Gabinet Doktora Caligari, 1920). Najgorsze i najniebezpieczniejsze są jednak klauny. Jako psychopatyczni mordercy wielokrotnie pojawiali się już na ekranie. Zabijali w pojedynkę (100 Łez, 2007 lub To! na podstawie Stephena Kinga z 1990 roku), atakowali grupowo (Dom Klaunów, 1988) lub nawet przybywali z kosmosu żeby porywać ludzi do swojego cyrku (Killer Klowns From Outer Space, również 1988). Zamiast na bilet do cyrku, zdecydowanie lepiej wydać swoje pieniądze na bilet do kina (najlepiej na jakiś horror).

 

 

6. Wyrzucić z domu telewizor.

I to nie tylko ze względu na to, że oglądanie telewizjii to strata czasu i robienie sobie papki z mózgu. Posiadanie tego urządzenia może prowadzić do wielu nieprzyjemnych sytuacji. Mogą się w nim na przykład zalęgnąć duchy i próbować wessać kogoś do środka (Poltergeist, 1982). Może również okazać się swoistym portalem przez którą przechodzą chorobliwie blade japońskie dziewczynki (Ring II, 2005) lub chmary wygłodniałych zombie (Video Dead, 1987).  Jeżeli jednak zdecydujesz się na posiadanie tego urządzenia, zachowaj ostrożność przy wyborze dostawcy sygnału. Niektóre firmy mogą sprawić, że twoje życie zamieni się w horror...

 

7. Zawsze dobić wroga.

Ostatnia i być może najważniejsza kwestia.  Jeżeli zdarzy ci się już mierzyć z jakimś potworem rodem z filmów grozy i uda ci się go zranić/chwilowo unieszkodliwić to zamiast uciekać – dobij go! Psychopaci mają zaskakujące zdolności regeneracji. Chociażby taki Mike Myers z Halloween, który potrafił przeżyć kilka bezpośrednich trafień w korpus i zabija dalej w kolejnych częściach. Ile ludzkich żyć udałoby się uratować gdyby ktoś rozsądny po prostu uciął nieprzytomnemu Mike’owi łeb. Ot dla pewności. Podobny błąd popełnia bohaterka filmu Creep (2005), ścigana po opustoszałych tunelach metra przez żyjącego tam mutanta. W pewnym momencie udaje jej się nabić potworka na hak, ma go „na widelcu”. Jednak zamiast starannie go wypatroszyć i mieć spokój, ona ucieka dalej a jej oprawca wkrótce się wyswobadza i rusza w pogoń. Niedokładność to również główny grzech bohaterów filmów o żywych trupach. Ileż to razy uchodzący za zabitego zombiak gryzł nagle kogoś w jakąś kończynę, powodując tym samym zamianę w jednego z nich? (chociażby Ziemia Żywych Trupów, 2005). Tak więc zawsze pamiętaj o podwójnym dobiciu. To może uratować ci życie!

Jason

 

Wkrótce kolejna porcja porad.

MIŁOSZ WĘGLEWSKI

 

 
1 , 2